CZERWONA RAKIETA

Mało nagłaśniana historia pewnej próby ucieczki. Jaki był motyw, czy polityczny, czy kryminalny, tego autor relacji nie podaje. Jedynie sugeruje że czyn który się dopuścili jest jedynie przestępstwem kryminalnym.

Późnym wieczorem na molo rybackim w Gdyni nie jest zbyt jasno. Sylwetki stojących przy nabrzeżu kutrów rozłażą się w ciemności. Słychać tylko monotonne poterkiwanie silnika na „GDY – 27”. Kilka godzin temu wrócił z połowu. Po wyładowaniu ryby uzupełnili lód, ropę i słodką wodę. Załoga chrapie teraz w kubryku. Kuter wkrótce znów opuszcza port, więc nie warto gasić silnika. Niech terkoce na małych obrotach. Noc, cisza. Na pokład nie wali sztormowa fala. Bezpiecznie w macierzystym porcie. Rybacy mogą wypocząć. Są u siebie, wśród swoich… Po północy energiczniej zagadał silnik, kuter odbił od molo i skierował dziób na pełne morze. Rybacy dalej posapywali przez sen, tylko Jan Redlin objął dyżur przy sterze. Molo i brzegi znikły w mroku. Nudno stać w ciszy sterówki i pilnować koła sterowego. Nic się nie dzieje na morzu. Silnik pracuje jak zegar. Fala pluśnie o burtę, zatrzeszczy czasem skrzynka. Kuter sunie jak żółw po piasku. Dłuży się czas na „macierzystym morzu”, wśród swoich…

Z tą samą szybkością suną wskazówki zegara w sterówce, jak i zegarka świecącego fosforem w ciemnej ładowni „GDY – 27”.

– Która? Można już chyba zaczynać?

– Chyba tak…

Powoli, ostrożnie uchylił się luk ładowni. Jakiś cień przemknął w stronę kubryka. Dwu ludzi ostrożnie pełzło w stronę sterówki. Radlin ziewając przezwyciężał senność. Do łowiska, na które płynął „GDY – 27”, było jeszcze daleko. Bliski ranek rzeźwił dreszczem po plecach. Rybak dopiół szczelnie waciak i oparł się wygodniej o koło sterowe. Trochę trudno stać godzinami, dźwigając sto kilo własnej wagi. Żeby chociaż coś się stało. Ale cóż? Noc. Nuda. Dwa cienie rozpłaszczone na pokładzie sunęły uparcie w stronę sterówki. Jeszcze kilka metrów. Skok i szarpnięcie drzwiami. Lufa rakietnicy.

Dowody rzeczowe znalezione u przestępców

– Precz ze sterówki! Teraz my tu dowodzimy!

Od strony kubryka nadbiegł ktoś trzeci:

– Tamci już zabarykadowani! W porządku!

Redlin od razu zrozumiał wszystko! Napad na pełnym morzu! Rybak jednym szarpnięciem wyłączył sprzęgło. Cichy trzask przesuwanej dźwigni. Silnik zmienił tonację. Jeszcze jeden pośpieszny ruch ręką i przeraźliwie zajęczała syrena kutra. Umilkła wraz z odgłosem strzału. Redlin chwycił się za oparzony rakietą brzuch. Napastnik z pistoletem dał krok do tyłu, by załadować. W drzwiach sterówki stanęli dwaj z żelaznymi łomami w rękach. Odskoczyli na moment. Znów wystrzał. Rakieta smagnęła rybaka jak rozpalonym prętem.

– Wychodzić, bo utłukę! Szybciej!

Rybak zawahał się chwilę, potem niechętnie ruszył do przodu, mijając gotowe do ciosu rury. Napastnicy ustępowali, czując respekt dla jego potężnych ramion. Jeden uderzył znienacka żelazem, celując w głowę. Redlin zasłonił się. Cios dosięgnął przedramienia. Druga rura spadła na uniesioną obronnym ruchem rękę. Po kilku minutach hałasy na kutrze ucichły. W zabarykadowanym skrzyniami kubryku siedzieli zdezorientowani rybacy. Redlina zamknięto w ładowni. W sterówce na jego miejscu stanął ten z pistoletem. „GDY -27” znów zaczął mleć morzem śrubą. Jego dziób skierowano na północ. Korsarze nie mieli szczęścia. Wkrótce silnik zakrztusił się, kichnął parę razy i stanął. Tego nie przewidzieli. Byli zdezorientowani. Co robić dalej?  Uwięziony w ładowni rybak słyszał jakieś narady. Potem ktoś zakrzątnął się przy maszynie, lecz silnik milczał. Redlin był z siebie zadowolony – zdążył przecież uszkodzić silnik. Szmer przyciszonych rozmów i skrzypnęło wyjście z ładowni.

– Wychodź, uruchomisz maszynę.

– Nie znam się na tym. Wypuście motorzystę, to wam pomoże.

– Nie ma głupich! Z kubryka nikogo nie wypuścimy. Masz iść do maszynowni i zapuścić silnik.

Redlin postanowił grać na zwłokę. „GDY – 27” nie jest daleko od lądu. Może jakaś przepływając obok jednostka spostrzeże dryfujący kuter? Postanowił udawać, że usłuchał wezwania. Gdy zszedł do maszynowni, stwierdził kategorycznie, że sam nie da rady. Jako pomocnik zaofiarował się ten, który strzelał z pistoletu.

– W czym pomóc?

– Koło zamachowe trzeba przedstawić.

Napastnik wyglądał na uspokojonego. Znał się na tyle, by wiedzieć, że przed rozruchem koło winno stanąć w punkcie zerowym. Pokręcił.

– No!

Rybak podszedł do butli. Jeden ruch kranu i dał się słyszeć lekki syk rozprężonego powietrza. Poszło na tłok, ale silnik nie „zagadał”.

– Za słabe ciśnienie! – stwierdził drwiąco rybak po opróżnieniu butli. Teraz już nikt nie był w stanie uruchomić motoru. Sprężone powietrze można było dostać jedynie na brzegu… W tym czasie trzasnęła szyba w okienku kubryka. Zabarykadowani rybacy znaleźli rakiety i postanowili tą drogą wzywać pomocy. Huknął strzał i czerwona krecha przecięła świt. Z okienka nie można jej było wystrzelić wysoko. Druga…

– Zatkać ich!

Po chwili do okienka przyciśnięto wiadro i wśród napastników rozpoczęła się gorączkowa narada. Redlin słyszał oderwane zdania:

– Musimy robić przesiadkę! Z powrotem nie mamy po co wracać! Mamy na lądzie dostać kulę w łeb, to raczej zatopić kuter…

Jan Redlin, którego sterroryzowali przestępcy

W świetle poranka zaczęła zbliżać się w stronę kutra jakaś duża jednostka. Można było dostrzec obcą banderę. Strzelili w jej stronę rakietę. Statek popłynął dalej, zostawiając za rufą spieniony tor. Chwile wyczekiwania na dryfującym kutrze i znów przepływa obok obcy statek. Też nie zwrócił uwagi… Zareagował jednak na sygnał dozorowiec Wojsk Ochrony Pogranicza pod dowództwem ppor. Jastrzębskiego.

Zdawało się, że na tym koniec sprawy. Przestępcy zostali schwytani. Nie wszystko jest jednak w porządku. Dlaczego ? Posłuchajcie.

Eugeniusz Koss ( ten, który strzelał z pistoletu) był już skazany za podobne przestępstwo. Dwa razy został schwytany i dowieziony do polskiego portu przez dozorowiec „DP- 55”. Ppor. Jastrzębski witał go na pokładzie jak „starego znajomego”. Z rozmowy z Kossem wywnioskował, że nie miało to być ostatnim spotkaniem w tej sytuacji. Próbował Koss także „legalnych” form. Złożył podanie na wycieczkę do Austrii, a potem o bilet na „Batorego”. Niestety, „Orbis” nie miał już miejsc…

Tak wydostał się z kubryka uwięziony motorzysta

Wertowałem dokumenty śledztwa. W uzasadnieniu wyroku nie uwzględniono, że Jan Redlin mógł postradać życie i że chciano go zatłuc rurami. Bardzo okrągłe i chyba dalekie od prawdy jest zdanie: „Po sterroryzowaniu Jana Redlina wprowadzili go do ładowni, a sami zaś po opanowaniu kutra jechali w kierunku wyspy Bornholm” Widziałem opinię biegłego. Stwierdził on: „Nabój wystrzelony z pistoletu sygnałowego…może spowodować obrażenia, które mogą doprowadzić do zgonu”. Widziałem orzeczenie z nagłówkiem Akademii Medycznej, mówiące o oparzeniach drugiego stopnia i stłuczeniach. Słyszałem także od wopistów zdanie, wypowiadane z uśmiechem, że zarzut usiłowania zabójstwa upadł, gdyż jakiś autorytet stwierdził u Jana Redlina grubą warstwę tkanki tłuszczowej na brzuchu… Po czterech miesiącach od opisywanych wypadków odbyła się rozprawa, w czasie której dowiedziono przestępcom zarzucanych czynów. Gdybyście byli sędziami, jaką karę orzeklibyście za napad na kuter i strzelanie do człowieka? Za powtórną próbę ucieczki? Wyrok, jaki wtedy zapadł, rozgniewał opinię publiczną Wybrzeża. Wopiści i rybacy jeszcze do dziś namiętnie dyskutują na ten temat. Przedmiotem ironicznych uśmiechów było kilka cyfr, jakie podała w króciutkiej wzmiance prasa. Przywódca i inicjator napadu – Koss, został skazany na 1 (słownie: jeden) rok więzienia, jego pomocnicy i współwinni na 6 (sześć) i 4 (cztery) miesiące aresztu. Skazanym zaliczono areszt tymczasowy.

Załoga kutra „GDY – 27” na „familijnym” zdjęciu z wopistami dozorowca „DP – 55”

Foto 4x: archiwum śledcze

Rozmawiałem z przedstawicielami aparatu sprawiedliwości, którzy znają sprawę. Przygotowano co prawda wówczas rewizję wyroku. Nie znam dalszych losów sprawy. Ale już pobłażliwość sędziów pierwszej instancji zawiera w sobie – moim zdaniem – poważne niebezpieczeństwo. Tym razem my strzelamy czerwoną rakietę.

Kpt. Janusz Szymański

 ŻOŁNIERZ POLSKI

Wojskowe pismo literacko-społeczne

Nr 25(493) 31 października – 6 listopada 1957 Cena 3 zł

Wydawca „Czasopisma Wojskowe”

Na próżno szukać jakichkolwiek innych informacji na temat tejże sprawy. Jakie są dalsze losy uczestników, czy może ktoś posiada informacje? Jakie były dalsze losy kutra  ŁEB 11– GDY 27 – ŁEB 52? Informacje o dozorowcu są bardziej dostępne ze względu, że była to jednostka wojskowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *